SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

W Polsce rządzą hasła, ale równie ważny jest przedwyborczy szantaż emocjonalny

- Każdego dnia stajemy przed wyborem źródeł informacji, którym poświęcimy swój czas, uwagę i emocje. Jesienią czeka nas jeszcze jeden wybór - przy urnie. Warto więc przyjrzeć się regułom gry i wyrobić sobie umiejętność korzystania z mediów. Do podejmowania rozsądnych decyzji wyborczych potrzebujemy na pewno więcej faktów, a mniej opinii - pisze Klaudia Charzyńska, managing director w agencji First PR i ekspertka w zakresie komunikacji kryzysowej. 

Klaudia CharzyńskaKlaudia Charzyńska

Opinię powinien mieć każdy

Przewaga opinii nad faktami to w Polsce jedna z pierwszych zauważalnych cech głównego przekazu medialnego. Wraz z upowszechnieniem demokratycznych mediów społecznościowych, które umożliwiają wyrażenie opinii każdemu, kto ma na to ochotę, prezentowanie faktów straciło na atrakcyjności. Teoretyczna konieczność ich potwierdzania również nie sprzyja temu, aby podawać je bez otoczki własnych przekonań. Media niezależne od władzy zmagają się w ostatnich latach z wieloma utrudnieniami wynikającymi z sytuacji politycznej i wynikającym z niej obniżeniem standardów debaty, a to przecież nie jedyna zmienna - świat się nie zatrzymuje, coraz trudniej utrzymać uwagę i zaufanie odbiorców również na poziomie koncepcji i formy podania treści. W mainstreamie to władza dyktuje tematy, zgarnia kontrolę i zachęca do wyrażania opinii, które dzielą.

Efektem długotrwałej polaryzacji jest więc to, że część społeczeństwa wcale nie chce poznawać faktów. Wygodną alternatywą jest korzystanie z relacji, które stanowią potwierdzenie własnych opinii. To kolejna z unikalnych cech polskiego przekazu - nasycenie polityką niemal każdego tematu, w dodatku w tabloidowej oprawie. Popieranie danej strony to uniwersalny argument, jak i przedmiot dyskusji sam w sobie. Standardowym przepisem na newsa jest kontrowersyjna - a nawet bezczelna czy obraźliwa - wypowiedź polityka, która nie ma materialnego znaczenia, a mimo to podlega szerokiej dyskusji i analizie. Jedno zdanie z sejmowej mównicy może zdominować krajobraz rozciągający się od dużych portali po małe instagramowe profile - co prawda na chwilę, ale niemal w całości. Nawet głośne śledztwa dziennikarskie z miejsca przypinane są do opcji politycznych, zawsze według zasady: nie zgadzam się z tym, więc to nieprawda.

Politykom udaje się zręcznie kierować uwagę publiki na wybrany gorący temat, wobec którego każdy może łatwo zająć stanowisko. Tymczasem obok awantur o to, co szokującego ktoś o czymś powiedział, regularnie wyciekają maile ze skrzynki ministra Dworczyka - są w nich niepokojące fakty o osobach publicznych, naprawdę przydatne w interpretacji ich aktualnych poczynań. Choć rzadko zdarza się możliwość zerknięcia za kulisy i posłuchania polityków mówiących własnym głosem, sprawa szybko straciła zainteresowanie społeczeństwa i nie przekłada się na obecny odbiór wyborczej narracji. Największe partie już się nie komunikują - mogą z powodzeniem prowadzić monolog i fabrykować “fakty” na własny użytek, w czym naturalnie przewodzi PiS.  Zyskują na tym - i napędzają to - polityczni performerzy i ludzie-memy w typie Janusza Kowalskiego.  

Nie pytaj, tylko głosuj

Walka o to, kto ma rację, idzie jednak dalej. W relacji między partią i kręgiem jej wsparcia medialnego a odbiorcą-wyborcą raczej niespodziewany jest element szantażu. Ale to również się dzieje - przykładowy Tomasz Lis codziennie próbuje wbić ludziom do głowy, jak mają głosować i grozi im piekielnymi konsekwencjami niczym radykalny ksiądz. Podobny poziom dyscypliny, choć w nieco innym stylu, panuje w facebookowych grupach gromadzących zwolenników PiS. Nie wspominając o samym PiS, ewenemencie pod kątem jednomyślności grupy tkwiącej w opłacalnym uniformie. Brakuje refleksji, że jako odbiorcy nie lubimy być zmuszani - możemy wyrobić sobie własną opinię pomocną w sformułowaniu poglądu, ale do tego potrzebujemy faktów i chwili na zastanowienie. Jeśli faktem, który zauważamy, jest brak stabilnego programu danej partii, możemy zinterpretować to jako wydmuszkę. A jeśli uwierzymy w manipulacyjny przekaz w imię doraźnych korzyści… Konsekwencje odczują wszyscy.

Dodając do tego kosmetyczny szczegół w postaci narracji wojennej i używania w przekazie języka konfrontacji - przez kandydatów, bądź co bądź, na stanowiska urzędnicze - mamy prostą receptę na zmęczenie i odpływ odbiorców, co może przełożyć się na frekwencję wyborczą, a już na pewno na ogólne zaangażowanie społeczeństwa we wspólne sprawy.

Na wszystkie te elementy, które prowadzą do syndromu gotującej się żaby, jest jednak metoda - bardziej świadome zarządzanie własną uwagą.

Memy mówią nam, co ma nas oburzać

Warto zwrócić uwagę też na miejsce i formę dyskusji. Jedne z najpopularniejszych profili na Twitterze (Tygodnik NIE) i Instagramie (Make Life Harder) powielają memy, które często dotyczą polityki, a klimat fajnej społeczności ujednolica i wzmacnia poczucie, że poglądy polityczne to element stylu życia. Percepcja, ocenianie i wybieranie ludzi do rządzenia krajem miesza się z alternatywną rzeczywistością mediów społecznościowych. To kolejny symptom ery haseł, gdzie nie trzeba zastanawiać się, jaką emocję wzbudza w nas poznany fakt - reakcję poda nam społeczność w formie mema, gry słów albo emotki klauna. Popularność tej formy ośmiela również samych polityków do adresowania problemów w podobnym tonie.

Można śmiać się ze wszystkiego, problem pojawia się dopiero wówczas, gdy codzienne “xD” daje poczucie, że znamy się na polityce lub gdy przestajemy zastanawiać się nad tematami, które dane medium traktuje nad wyraz lekko. Na podlaską listę wyborczą Konfederacji trafił właśnie Stanisław Derehajło, którego wizerunek znany jest w sieci jako „typowy szef Januszexu”. Czy mu to pomoże? Oczywiście, panie Areczku. To ugrupowanie wyjątkowo bezkompromisowo korzysta z narzędzi manipulacji i sprowadzania przekazu do bardzo prostych, powierzchownych haseł oraz skłonności odbiorców do brania na tapet absurdów.

Umiejętność korzystania z mediów

Debata publiczna w Polsce działa w przedziwny sposób. Być może dlatego nie zadomowiła się tu idea media literacy, czyli w średnio atrakcyjnym tłumaczeniu “alfabetyzmu medialnego”. To zdolność do rozumienia, interpretowania, jak również tworzenia przekazu medialnego - świadoma partycypacja, umiejętność oddzielania faktów od opinii, słów od ich autorów o określonym wizerunku, identyfikowania tych informacji, które opisują rzeczywistość, a nie tworzą jej iluzję lub wyobrażenie i wnoszą coś wartościowego.

Pierwszy krok do świadomego korzystania z mediów to rozpoznanie, jaki charakter ma treść, z którą mamy styczność. Pomocne jest wyrobienie nawyku zadawania sobie pytań: jaki cel może mieć nadawca, kierując do nas przekaz? W jaki sposób nas traktuje? Czy dzięki danej informacji poszerzymy wiedzę na dany temat? Czy ułatwia nam porównanie informacji, czy rysuje kontekst? I w końcu - czy temat jest adekwatny do emocji, jakie treść próbuje w nas wzbudzić? Czy raczej - w polskim stylu - z miejsca polaryzuje, utrudnia weryfikację lub przebiera opinię w fakt?

Trudno pominąć w tym miejscu postaci z mediów społecznościowych, które rozpowszechniają dezinformację - pytanie o to, co zyskują laicy krzyczący do nas z ekranu powinno pojawić się, zanim weźmiemy ich słowa na poważnie i przekażemy dalej. Jeśli treść wydaje się typowo rozrywkowa, prezentuje ją osoba bez kompetencji i chęci odniesienia się do aktualnej wiedzy w danym temacie, odwołująca się do legendarnej logiki, choć jej przekaz kipi od emocji - być może nie warto.

Gdzie i jak szukać informacji?

Jednym z celów polityków oraz mediów, które pozostają z nimi w mniejszej bądź większej (jak TVP) symbiozie jest to, aby podtrzymać stan przewlekłych emocji aż do momentu oddania głosu. Polskim kandydatom z reguły nie zależy na udostępnianiu rzetelnych informacji na swój temat, które mogą stanowić podstawę do podjęcia decyzji wyborczej, bo te nie spopularyzują ich przekazu tak skutecznie, jak kontrowersje uderzające w światopogląd grup społecznych. Niektórzy wydają się wręcz oburzać na chęć zapoznania się z ich postulatami.

Niewiele jest miejsc, w których możemy poznać te fakty. Nawet Latarnik Wyborczy - w zamyśle wygodne narzędzie do porównania własnych poglądów z ofertą kandydatów, a więc podjęcia decyzji, na kogo zagłosować - nie sprawdza się w stu procentach, bo najwięksi gracze nie odnoszą się do części tematów. Niektóre ugrupowania komunikują swoje propozycje i są skłonne wejść w merytoryczny dialog z odbiorcami (np. kandydatki Lewicy podczas ogłaszania swojego startu), jednak jest to znacząca mniejszość.  

Obok dużych portali z clickbaitowymi treściami czy próbami wyciągnięcia od polityków informacji, które wykraczają poza partyjny przekaz dnia, istnieją jednak media branżowe, eksperci akademiccy i dziennikarze specjalizujący się w konkretnych obszarach np. zdrowia, migracji czy energetyki. Ci, którym zależy na zbudowaniu i podtrzymaniu zaufania odbiorców, nie przejdą do porządku dziennego po podaniu fałszywej informacji. Z kolei badania naukowe, na bazie których konstruują swój przekaz, nie pochodzą z Wyższej Szkoły Chłopskiego Rozumu.

Mimo sceptycznego podejścia do czerpania wiedzy z portali społecznościowych, podziwiam fenomen mediów stworzonych przez Łukasza Boka (Konflikty i Katastrofy Światowe oraz Poinformowani.pl). Jak widać, milionowe grono odbiorców nie potrzebuje opinii, gdy dostaje wiarygodne fakty. Ważne w tym przypadku jest to, że Łukasz prostuje nieprawdziwe lub niekompletne informacje, co nie jest standardem w konwencjonalnych mediach. To ważna zasada komunikacji kryzysowej - natychmiastowe sprostowanie i wyjaśnienie okoliczności podania danej informacji może nawet zwiększyć zaufanie.

Pomocnym narzędziem do budowania podstaw własnych poglądów może być powstały niedawno Skrót polityczny - strona i profil na Twitterze gromadzący dane o parlamentarzystach, prowadzony przez Radosława Karbowskiego. To namiastka kontroli społecznej osób pełniących tak ważne funkcje państwowe. Z kolei ciekawostką jest twitterowy “kronikarz” śledzący aktywność posła PiS Jarosława Zielińskiego (Stumbras komentarze). Otoczka jest specyficzna, ale w praktyce dostajemy sporo faktów.  

Przewrotną, ale jedną ze skuteczniejszych metod na niedobór rzetelnego przekazu o polityce, jest stawianie w większym stopniu na wiedzę niż na bieżące newsy. Źródła w postaci badań społecznych, literatury dotyczącej historii ostatnich dekad, trendów społecznych, rozwiązań z krajów, które aktualny etap rozwoju Polski mają już za sobą - to wszystko tworzy punkt odniesienia i dystans do błyskawicznie zmieniających się tematów medialnych. Warto sięgać również do publikacji sprzed ery internetu. Na łamach starych “Newsweeków” i “Wprostów” politycy trochę mniej wstydzili się mówić, co naprawdę myślą i robią.

_________________________________________________________________________

Klaudia Charzyńska - managing director w agencji First PR, ekspertka w zakresie PR,  komunikacji kryzysowej, mediów i marketingu politycznego.

 

 

Dołącz do dyskusji: W Polsce rządzą hasła, ale równie ważny jest przedwyborczy szantaż emocjonalny

2 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiekz postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
buahahaa
charzyńska z tych charzyńskich których promujecie od lat? i jeszcze ta agencja, najstarsza czerwona sieć w tenkraju...
odpowiedź
User
Woj11
Tak się starałem pisząc usunięty komentarz...
odpowiedź