SzukajSzukaj
dołącz do nas Facebook Google Linkedin Twitter

Paweł Reszka: dobry dziennikarz ma w sobie coś z dziecka, które się dziwi

Reportaż wcieleniowy to jego specjalność. Był już ratownikiem, sanitariuszem, system bankowy pokazał z punktu widzenia nie kata, a ofiary. Paweł Reszka mówi, że pomysły na teksty leżą na ulicy. Notatki robi w zeszytach, pisane ołówkiem.

Paweł Reszka Paweł Reszka

Obecnie dziennikarz „Newsweeka”, wcześniej m.in. korespondent „Rzeczpospolitej” w Moskwie w latach 2003-2006, następnie w latach 2006 - 2009 szef działu śledczego „Dziennika”. W latach 2013-2017 członek redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Miejsce pracy nie ma dla niego znaczenia. - Robię swoje, bez względu na redakcję – mówi nam Paweł Reszka.

O pracy dziennikarza, o tym, co boli środowisko dziennikarskie; w jakim punkcie znajdują się media w Polsce rozmawiamy z Pawłem Reszką, dziennikarzem i reportażystą, autorem kilku książek i laureatem najważniejszych nagród dziennikarskich.


Nikola Bochyńska, Wirtualnemedia.pl: Twoja kolejna książka, tym razem o ratownikach medycznych uderza skalą nieprawidłowości, jaka ma miejsce w polskiej służbie zdrowia. Niby wszyscy wiedzą, co się dzieje, ale nikt z tym nic nie robi. Po reportażu wcieleniowym umiesz wrócić do codzienności? Rolą dziennikarza jest opowiedzieć o problemie i niech inni coś z tym robią? Czujesz, że twoje pisanie o szpitalach, pogotowiu, lekarzach coś zmienia?

Paweł Reszka: Rola dziennikarza to opowiadanie historii. Starałem się opowiedzieć tę historię najlepiej jak potrafię. Czy to coś zmieni? Trudno powiedzieć. Oczywiście świetnie, jeśli nasze teksty coś zmieniają w otaczającym świecie. Na pewno zmieniają mnie. Obrazy, które się widziało już z tobą zostają, dramatyczne chwile, kiedy realnie spotykasz się z cierpieniem, śmiercią, zaniedbaniem, brakiem współczucia, samotnością.

Po pracy nad pierwszą książką, kiedy wcieliłeś się w rolę sanitariusza i spędziłeś miesiąc w szpitalu byłeś już gotowy na to, co zobaczyłeś i przeżyłeś przy pracy nad kolejną częścią „Małych bogów”?

Druga książka jest formalnie różna od pierwszej z dwóch powodów: w pierwszej nikt nie wiedział, kim jestem, zatrudniono mnie jako sanitariusza, a wszyscy ze szpitala myśleli, że jestem jednym z nich. Tu było inaczej: ratownicy, załoga karetki pogotowia w której jeździłem, musieli wiedzieć, że jestem dziennikarzem. Musieli się na to zgodzić. Miałem tylko nadzieję, że nie będą odgrywali teatru, że będą zachowywać się naturalnie. Druga książka także mniej opowiada o systemie, a bardziej o społeczeństwie, skupia się na patrzeniu, co się dzieje za drzwiami polskich domów. Co innego patrzeć na cudze życie z perspektywy szpitala, a co innego wchodzić do domu rodziny, która jest zniszczona przez to, że córka jest narkomanką. Łączy ich tylko kilkanaście metrów wspólnego mieszkania, nie ma między nimi żadnych uczuć, albo są tylko takie, których w rodzinie się nie oczekuje - miłość zastępuje nienawiść. Patrzysz na życie tej rodziny i w momencie stajesz się jego częścią. Oni uważają, że skoro jesteś ratownikiem, powinieneś im pomóc. Ratownicy powinni ratować życie, a są wysyłani do sytuacji wymagających interwencji psychologa, czy też służb socjalnych. I są to sytuacje totalnie ekstremalne.

Miałeś moment zawahania? Stwierdziłeś, że nie dasz już rady udawać, że wcielanie się w rolę ratownika jest znacznie trudniejsze niż się spodziewałeś, że zmienia cię jako człowieka?

Zmienia o tyle, że trudno się uwolnić od tych historii. Trudno o nich przestać myśleć. Nie jest to jednak trauma nie do przeżycia, to było doświadczenie ograniczone w czasie. Trudno mi sobie wyobrazić, że można pracować tak wiele lat. Czasami są dyżury podczas których umiera 4-5 osób - to przekracza wytrzymałość najbardziej odpornego człowieka. Jeżeli takie przeżycia nawarstwiają się miesiącami, to podejrzewam, że ratownikom jest bardzo trudno przejść nad tym do porządku dziennego. Z drugiej strony są też fantastyczne momenty, takie jak ratowanie życia człowieka. Akt ratowania życia jest brutalną czynnością. Nie patrząc na okoliczności zewnętrzne używa się siły, by „zawrócić” człowieka. I oto nagle niemal trup, człowiek, który był „kawałkiem mięsa” zaczyna walczyć o życie, zaczyna oddychać! Kurczę, nagle się okazuje, że się udało, że wrócił. To jest najpiękniejsze.

„Nie jesteśmy zupełnie przygotowani na to, że nasze społeczeństwo jest coraz starsze”

Powiedziałeś, że to książka o polskim społeczeństwie. Jakbyś je opisał? Wchodziłeś do domów Polaków, widziałeś, że nie jest tak kolorowo, jak to często przedstawiamy.

Nie wiedziałem, że jest tyle biedy, samotności. Nie jesteśmy zupełnie przygotowani na to, że nasze społeczeństwo jest coraz starsze, że będzie coraz więcej starszych, samotnych ludzi, którymi nie będzie miał się kto zająć, a którzy wymagają pomocy. Nie wiedziałem, że mamy aż tak wielki problem z alkoholem, z dopalaczami. Wszystko fajnie wygląda z zewnątrz: ogródki wypielęgnowane, domy wymalowane, a kiedy wchodzi się do środka, widzi się przemoc, wódę, dopalacze, samotność. Starzy, schorowani rodzice żyją w komórkach. Prawdopodobnie to jakiś wycinek rzeczywistości, pogotowie jeździ akurat w takie miejsca. Byłem jednak bardzo zaskoczony skalą tych zjawisk.

Masz plan na kolejną książkę. Dwie części „Małych bogów” i poprzednie publikacje układają się cykl, który ma skupiać się na opisaniu polskiej rzeczywistości i problemów Polaków. Tak udaje ci się realizować dziennikarską misję?

Czy ja wiem? To nasza praca - opowiadanie historii. Chyba nic więcej nie potrafimy robić. Jeżeli będziemy robić to dobrze, może być ciekawie. Zaczęło się od książki „Chciwość…”, która pokazuje trochę inne spojrzenie na problem „banksterów”: opisuje katów w roli ofiary. Kolejny był pomysł pokazania od środka tego, jak działa szpital, próba ukazania patologii systemu. Teraz karetka wcieleniówka, ale z większym akcentem na podglądanie na społeczeństwa. Mimowolnie układa się to w cykl. Jeśli czytelnicy będą chcieli to czytać - warto będzie pisać. Próba przenikania do obcych, hermetycznych światów, ale jednocześnie do takich, które są tuż obok nas to bardzo ciekawe, reporterskie wyzwanie. Karetka, szpital, SOR, udzielanie kredytów i lokat – to wszystko nas dotyczy. Praca reportera to patrzenie na świat cudzymi oczami: jak coś się odbywa z cudzej, innej perspektywy.

„Bardzo źle, że dziennikarstwo idzie w  stronę obserwowania świata przez ekran komputera”

Skoro jesteśmy przy tym temacie. Zapytam wprost: jak pojmujesz rolę dziennikarza? Jak patrzysz na współczesne dziennikarstwo przez pryzmat siebie – dziennikarza z ołówkiem i notesem w ręku, który zawsze chce być i jest na miejscu wydarzeń, a jak na dziennikarstwo, które coraz częściej wygląda w ten sposób: praca za biurkiem w określonych godzinach, przed komputerem. Do rozmówcy się dzwoni, bo nie ma czasu się spotkać.

Dziennikarstwo to rzemiosło. Żeby coś dobrze opowiedzieć, trzeba najpierw to zrozumieć, w jakimś sensie ją przeżyć. Jeśli nie rozumiesz kontekstu, sytuacji, nie spróbowałaś być na miejscu, porozmawiać z jakąś osobą, poświęcić jej trochę czasu, zrozumieć jej… trudno oczekiwać od ciebie, żebyś napisała dobry materiał. Bardzo źle, że dziennikarstwo idzie w  stronę obserwowania świata przez ekran komputera. Przestaje spełniać swoją rolę: wyjaśniania rzeczywistości, opowiadania czegoś ludziom, którzy nic z tego nie rozumieją.

Podam przykład: w Warszawie odbywał się protest głodowy rezydentów. Na miejscu było wielu dziennikarzy: przyjeżdżali, nagrywali setki. Wymyśliłem, że chcę zrobić reportaż. Pomyślałem, że niewiele będę robił, tylko będę tam siedzieć. Aby był pełniejszy, to założyłem: skoro oni nie jedzą, też nie będę jadł. Oni przyjechali tam ze swoimi marzeniami, planami, mając nadzieję, że radykalna forma protestu sprawi, że ich życie jakoś się zmieni, że będą bliżej swoich marzeń. Do tego dochodziła kolejna rzeczywistość: mój organizm reaguje tak jak ich na brak jedzenia. Głodowałem 6 dni, tyle ile tworzyłem tekst. Jedna z bohaterek mojego reportażu: młoda pani doktor, z którą dużo rozmawialiśmy i spędzaliśmy czas powiedziała mi, że udzielała już wywiadu redakcji internetowej: przez telefon. Jak to, przez telefon? To bez sensu, bo czego można dowiedzieć się przez telefon? Obcowanie z bohaterem na żywo, to jest coś zupełnie innego. Na przykład wspominana pani doktor, po kilku dniach znajomości pokazała mi wiersz. Napisała go do swojego męża – także lekarza. Pisała, że bardzo za nim tęskni, a on ma kolejny dyżur i nie mogą się spotkać. Bardzo wzruszający list kobiety do mężczyzny. Zapytałem jak im się układa. Okazało się, że są już po rozwodzie. To dobrze opisywało ten protest: młodzi lekarze chcieliby po prostu normalnie żyć, a praca im to życie zabiera, rozbija. Trudno, żeby ktoś opowiedział ci taką historię przez telefon. Dlatego to nie jest bardzo dobry pomysł, aby dziennikarstwo wyglądało w ten sposób, że masz telefon, Facebooka, Twittera. Czasem potrzeba, spojrzeć sobie głęboko w oczy, posiedzieć w ciszy, nie zadawać pytań, posłuchać.

W czym zatem tkwi problem? Każdy dziennikarz powie, że wolałby pracować w terenie, robić jeden materiał na tydzień, mieć czas spotkać się ze swoimi rozmówcami. To kwestia sposobu myślenia wydawców, zarządów, działania systemu?

Nie mam pojęcia, jaka jest metoda na uleczenie systemu. Wiem, że przynajmniej na początku „kariery” najfajniejsze rzeczy pisze się zawsze w czasie wolnym. Trzeba robić rzeczy, które są wymagane i dadzą nam jakieś pieniądze, a w wolnym czasie można się realizować. Książkę też zresztą pisałem w wolnym czasie. Dyżury w pogotowiu miałem w nocy albo w weekendy, a pisałem tę również w nocy. Jak system nie pozwala, to trzeba go trochę obejść.

W zeszłym roku przeszedłeś do „Newsweeka”. Nie bałeś się oskarżeń o polityczne zaangażowanie, brak bezstronności?

Zawsze jest taka obawa, ale uważam, że dziennikarza powinno się oceniać po tekstach. Robiłbym takie same materiały w każdym innym tytule. Inaczej nie potrafię. „Newsweek” nie ingeruje w moje teksty i dopóki tak jest, to nie mam problemu z tym, żeby normalnie tam pracować. A były takie, które „powinny się w redakcji nie podobać” ze względu na jej linię polityczną, a jakoś nikt nie miał problemu z tym, żeby je puścić.

Jest jakiś tytuł, redakcja w Polsce na jaką byś się nie zdecydował?

Prawdopodobnie znalazłyby się jakieś tytuły, co do których nie bardzo mógłbym się przemóc, myślę, że „Nie”. Nie chcę dolewać oliwy do ognia, ale pewnie w jakiś skrajnie prawicowych pismach.

Wspólnie m.in. z Wojciechem Cieślą, wcześniej także z Michałem Majewskim założyliście Fundację Reporterów, gdzie szkolicie młodych dziennikarzy, uczycie ich podejścia do zawodu. Fundacje są ratunkiem dla współczesnego dziennikarstwa? Jaki był cel jej stworzenia?

Żeby mieć coś swojego. Założyliśmy fundację i początkowo wcale nie chodziło o dziennikarstwo śledcze, bardziej o to, by robić coś dla naszych kolegów na Ukrainie, Białorusi, na Wschodzie. Zrobiliśmy dla nich kilka wartościowych projektów, ale z czasem to ewoluowało. Z jednej strony dlatego, że na Ukrainie bardzo zmieniała się sytuacja, a z drugiej, że w Polsce z dziennikarstwem jest coraz gorzej: staje się mocno polityczne, każdy jest po jakieś stronie.

„Nie ma dobrego rynku w Polsce na dziennikarstwo śledcze”

Jak oceniasz poziom dziennikarstwa śledczego w Polsce?

Był widoczny regres, nie ma dobrego rynku na dziennikarstwo śledcze. Dobry rynek jest wtedy, kiedy media są silne, kiedy jesteś pewny swojej pozycji rynkowej: masz pieniądze, reklamodawców, wtedy możesz stawiać czoła różnym naciskom. Trzeba pamiętać, że to bardzo drogi gatunek dziennikarstwa, pracuje się nad tematem miesiącami, tygodniami, a może się okazać, że tematu nie ma, albo nic z niego nie wyjdzie. Kogo dzisiaj stać, żeby dziennikarzy odstawić od bieżącej roboty, skoro w niektórych mediach trudno jest znaleźć czas, żeby dziennikarz mógł wyjść na wywiad z redakcji, a nie robić wszystko przez telefon?

Winne są głównie pieniądze?

Zaczyna się od pieniędzy. Przez to, że ich nie ma to tworzy się ułuda: po co robić jakiś temat, skoro może go zrobić za nas przykładowo jakiś autor zewnętrzny. Ale skąd brać zewnętrznych dziennikarzy śledczych?  Trzeba na to poświęcić czas i pieniądze. Do tego istnieje duże ryzyko prawne, trzeba być przygotowanym na długi proces. Ryzyko ekonomiczne, polityczne, bo żadna władza nie lubi, jak się ją krytykuje. Ona z kolei ma władzę nad spółkami Skarbu Państwa, a te mają władzę nad budżetami reklamowymi… To problem, który trwa od lat, ale moim zdaniem się zaostrza.

Wspomniałeś o polityzacji mediów. Był jakiś przełomowy moment kiedy stwierdziłeś, że ten proces się zaostrza?

Wyjechałem w 2003 roku do Moskwy, wróciłem i byłem zdziwiony, że zastałem inną rzeczywistość. Wróciłem po trzech latach. Stwierdziłem: kurczę, tak nie było! Dla mnie to był mocny przeskok. Widziałem, że dziennikarze już dzielą się na dwa obozy: jedni zaczęli utożsamiać się z opozycją, drudzy z władzą. Od tego momentu ten proces tylko postępował. Po powrocie z Moskwy musiałem zacząć się przyzwyczajać do nowej, polskiej rzeczywistości i zacząłem odczuwać ją jako totalną zmianę.

To co w takim razie uważasz za największy grzech współczesnego dziennikarstwa?

Oderwanie się od korzeni. Trudno jest być dziennikarzem, jeżeli się nie ubrudzisz, jeżeli nie jesteś gotowa pobrudzić się życiem. To nie jest prosty zawód, to nie jest zawód do siedzenia za biurkiem. To zawód do szwendania się, do szukania historii, do rozmawiania z ludźmi. To nie zawsze jest miłe i przyjemne. Modnym zawodem stał się zawód publicysty. To taki człowiek, który czyta gazety, ogląda telewizję, czasem do kogoś zadzwoni i z pozycji „ex cathedra” komunikuje społeczeństwu swoje myśli. Moim zdaniem to nie jest prawdziwe dziennikarstwo. To błąd, że idziemy w tę stronę. Z drugiej strony to bardzo tania forma dziennikarstwa, w zasadzie trzeba mieć dostęp do internetu, komputer, telefon i pomysł na tytuł i lead – im bardziej radykalny, tym lepiej. Tania nie tylko w formę, ale i w treść. Ludzie też mają komórki, mają internet, dostrzegają, że teksty są płytkie. Maksymalnie wyostrzona teza ma zapewnić, żeby się lepiej „klikało” albo podnieść sprzedaż.

Na jednym ze szkoleń dziennikarskich dla studentów powiedziałeś: „za mało obecnie mamy osób, które chcą słuchać, a za dużo, które chcą mówić”. Łączy to się nieco z tym, o czym przed chwilą wspomniałeś: z zawodem publicysty. Jako dziennikarz jesteś nieco wycofany, rzadko się udzielasz na Twitterze, rzadko wypowiadasz się publicznie. Taka jest rola dziennikarza, żeby patrzeć z dystansem, nie wchodzić w buty polityka?

Mogę tylko mówić o sobie, o tym, co mnie „kręci” w tym zawodzie. Komentowanie i wypowiadanie się na każdy temat do tego nie należy. Dziennikarz natomiast ma niesamowite możliwości obserwowania, rozmawiania praktycznie z każdym, wcielania się w rolę innych osób. Tak naprawdę nie trzeba wiele: tylko obserwować i wcielać się w rolę innych osób. Kiedy umarł Ryszard Kapuściński, zauważyłem, że najczęściej przypominają jego „Hotel Metropol”. Opisał kilka prostych historii, w „kropelce” zawarł cały proces geopolityczny, na który ludzie poświęcali tomy, habilitacje.

Masz jakiś dziennikarski wzór?

Są koledzy, którym zazdroszczę tekstów i książek. Zazdroszczę Arturo Pérezowi-Reverte, który bardzo pięknie pisał o wojnach. Potem zaczął pisać piękne reportaże na pograniczu fikcji. „Terytorium Komanczów” to niesamowita historia. Mój kolega, Arkadij Babczenko – niesamowicie opisuje wojnę, nikt tak nie pisze o wojnie jak on. Potrafi patrzeć jednocześnie z zewnątrz i od środka.

A z polskiego podwórka?

Specjalnie nie chciałem mówić (śmiech). Jeszcze Białorusinka – Swiatłana Aleksijewicz i jej książka „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Tematy leżą na ulicy, a ona porozmawiała z paniami weterankami wojennymi, wyciągnęła z nich taką historię, że mózg opada. Pokazała cały syf wojny. Bardzo podobało mi się podejście do dziennikarstwa Teresy Torańskiej, zawsze imponował mi jej sposób przeprowadzania wywiadów, pogoda ducha. Kapuściński. Mógłbym wymienić jeszcze wielu, ale wiem, o co pytasz. Specjalnie nie wymieniam.

Masz tematy, które chciałbyś zrealizować, a do tej pory nie starczyło ci na to czasu, pieniędzy, nie sprzyjały okoliczności?

Tysiące. Mam dziesiątki notesów, w których zapisuję swoje pomysły i spostrzeżenia. Codziennie mam około pięciu pomysłów na temat, które potem do mnie wracają. Uważam, że wszystko przede mną. Dopiero mniej więcej nauczyłem się pisać, tak żeby nie było wstydu. Jest wiele historii, które chciałbym jeszcze opowiedzieć. Są takie o których marzę, których nie potrafiłem opowiedzieć wcześniej, a mam nadzieję, że teraz będę potrafił. To historie z początku lat 90., coś się zdarzyło i wiem, że źle je opisałem. Mam nadzieję, że jeszcze do nich wrócę.

„Uczciwie i mądrze jest się przyznać do błędu”

Źle coś opisałeś… Przyznawanie się do błędów jest sztuką?

Tak, trzeba się przyznawać do błędów. Uczciwie i mądrze jest się przyznać do błędu. Zdarzają się błędy bardzo wstydliwe, a media społecznościowe potrafią je wyciągnąć. Wystarczy powiedzieć przepraszam, to nie jest nic strasznego. Niedawno pisałem tekst o ustawie, która zakazuje propagowania komunizmu. Napisałem, że oczywiste nazwy ulic do zmiany to Lenina, Róży Luksemburg czy Dzierżyńskiego. Obok nich umieściłem – nie wiem dlaczego – absolutnie niesłusznie patriotę i obrońcę Warszawy - Niedziałkowskiego. Nic głupszego nie można było napisać. Winny byłem ja, bo się pod tym podpisałem, nie korekta czy ktoś, kto czytał mój tekst, nim poszedł do druku.

Natychmiast na mój błąd zareagowali czytelnicy, łącznie z rodziną Niedziałkowskiego. Pomyślałem: Jezu, to jest niemożliwe, jak ja to mogłem napisać? Pomyślałem, że nic lepszego nie mogę zrobić, prócz posypać sobie głowę popiołem, więc napisałem, że pomyliłem się i przepraszam. To zostało przyjęte. To minimum, jakie trzeba zrobić. Trudno udawać, że się nic nie stało. W starej „Rzeczpospolitej” zawsze mówiono nam, że trzeba przyznawać się do błędu, wręcz zmuszano nas do publikowania sprostowań.

Błędy błędami, ale w swojej karierze masz co najmniej kilka powodów do dumy. Jesteś laureatem kilku nagród, w tym od studentów dziennikarstwa.

W tym zawodzie jesteś wart tyle, ile twój ostatni tekst. Wszystkie nagrody można sobie wpisać w CV, ale za chwilę ludzie zaczynają o nich zapominać. Świat ocenia cię po twoim ostatnim tekście. Prawda jest taka, że najfajniejsze nagrody są zawsze od studentów dziennikarstwa, bo dają je ci, którzy nic nie muszą.

Dostawałeś też nagrody za teksty z Michałem Majewskim. Jak przyjąłeś wiadomość, że przechodzi do PR?

Napisałem nawet tekst, że to bardzo smutne. To był wyjątkowo dobry dziennikarz. Nie wszystkie jego teksty mi się podobały, ale pisaliśmy razem książki, materiały. Umiejętności analityczne, rozmowy ze źródłami, doskonałe pióro… To było doskonałe doświadczenie, móc z nim pracować. Rozumiem, że jego przejście do PR-u i przejścia innych dziennikarzy trochę świadczą o tym, gdzie jesteśmy. Bardzo dobre pióra przechodzą na drugą stronę. PR zyskał, dziennikarstwo straciło.

Kolejne transfery, szczególnie, kiedy do PR-u przechodzą znane nazwiska świadczą o słabości branży?

Pierwsza myśl jest taka, że dziennikarstwo nie zapewnia tego, czego ludzie oczekują. Stabilności życiowej, pieniędzy. Z drugiej strony być może odeszli do PR-u, bo dziennikarstwo było dla nich tylko jakimś krokiem, etapem. Trudno oceniać to jednoznacznie.

Powiedziałeś, że coraz więcej jest opinii i komentarzy, a coraz mniej obserwowania. Media coraz bardziej się polaryzują, coraz częściej są tożsamościowe. W którą stronę według ciebie zmierzamy?

Nie podoba mi się, że coraz bardzie uzależniamy się od polityki. Media tożsamościowe to moim zdaniem reakcja na kryzys mediów, również w sensie finansowym. Jeżeli nie potrafimy złapać rządu na złodziejstwie, to piszmy o tym, że są „moralnymi złodziejami” jako publicyści. To samo dotyczy opozycji. To był i jest jakiś pomysł na biznes - być może ci, którzy są wyraziści sprzedają się łatwiej. Mam jednak takie odczucie, że ludzie coraz częściej chcą poczytać czy posłuchać kogoś, kto nie jest oczywisty, kto nie wiadomo jak zacznie i jak skończy swój tekst, materiał. Chodzi o to, by nie tylko szukać potwierdzenia swoich słów i opinii, ale żeby powiedzieć coś, czego nie wiedziałem. „Nie utwierdzaj mnie w przekonaniu, że mam rację” – taka zasada powinna przyświecać mediom.

Być może „Tygodnik Powszechny”, któremu rośnie sprzedaż to premia za to, że nie jest jednoznaczny, że potrafi zaskakiwać opiniami. Inny przykład to „Dziennik Gazeta Prawna”. To powrót do tego, co uważam za lepsze dziennikarstwo niż dziennikarstwo tożsamościowe, zaangażowane. Widać, że formuła pism, które są bardzo mocno zaangażowane politycznie zaczynają tracić. Ta formuła zaczyna się wyczerpywać, że być może ludzie mają już dość. Teraz mają szansę znaleźć namiętności, hejt w social mediach, nie potrzebują więc szukać tego w gazetach. Być może tam jedynie zbierają podstawy, paliwo, by potem wylewać swoje frustracje w internecie.

Można nadal mówić o czymś takim, jak środowisko dziennikarskie? Czy podziały są już tak duże, że nie potrafimy ze sobą rozmawiać?

Środowisko dziennikarskie było, jak ludzie się ze sobą spotykali i pili ze sobą piwo. Teraz rzeczywiście trudno jest zmobilizować się do jakiś wspólnych akcji. Są problemy i to realne: jak w przypadku Wojtka Bojanowskiego, za którym powinno się stanąć murem, jak odbieranie stałych akredytacji dla dziennikarzy. Związki dziennikarskie są obecnie po określonej stronie politycznej. Tak samo irytuje mnie to, jak poseł opozycji wytrąca mikrofon z rąk dziennikarza telewizji publicznej, która stała się telewizją rządową, co jest niedopuszczalne; jak palenie wozów transmisyjnych TVN-u. Myślę jednak, że dobrzy dziennikarze zawsze będą się gdzieś szukać i spotykać, niezależnie w jakich tytułach pracują. Nadal potrafią czytać swoje teksty i wymieniać się uwagami czy powiedzieć sobie dobre słowo.

Nadal jest miejsce na obiektywizm w mediach?

Myślę, że jest, do tego powinniśmy dążyć. Nie ma nic lepszego, kiedy sam się dziwisz: coś wygląda inaczej, niż sobie to wyobrażałeś. Jeśli chcesz o tym pisać i masz w sobie tę odwagę. Zawsze byli dziennikarze odważni, którzy występowali przeciwko wszystkim - nawet wtedy, kiedy było to bardzo niepopularne. Byli dziennikarze, którzy potrafili powiedzieć: „może byśmy wyhamowali, nie ma dowodu, że ta kobieta jest morderczynią”. Są szlachetne postawy, które będą wracały i które trzeba pielęgnować. Czasami na chwilę należy się zatrzymać i zastanowić. Rolą dziennikarza jest próba szukania elementu sprawiedliwości, nawet jeśli zna się którąś ze stron.

Jakie cechy powinien mieć dobry dziennikarz?

Nie wiem. Mogę powiedzieć to, co mi się wydaje. Dobry dziennikarz ma w sobie coś z dziecka, które się dziwi. Małe dzieci lubią zadawać mnóstwo pytań, bo wszystko jest dla nich nowe, zaskakujące, ciekawe. Ciągle się dziwią, chcą się dowiedzieć, zasypują pytaniami. Niektóre z tych pytań są absolutnie fundamentalne, przykładowo: „Czym jest Wszechświat?” albo: „Co to jest czas?”. Oganiamy się od tych pytań, bo nie znamy odpowiedzi lub nie chcemy odpowiadać. Po pewnym czasie zabijamy tę dziecięcą ciekawość świata i zdolność dziwienia się. Dobry dziennikarz to taki, który nie przestaje pytać, który ciągle chciałby się dowiadywać, który nie stracił tej dziecięcej ciekawości. Szczerze nie ma głupich pytań, ale oczywiście należy się przygotowywać ze względu na szacunek do rozmówcy.

Dziękuję za rozmowę.

Dołącz do dyskusji: Paweł Reszka: dobry dziennikarz ma w sobie coś z dziecka, które się dziwi

6 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl
User
Mm
Świetny tekst. Tylko szkoda, że tacy dziennikarze jak ten Pan są już praktycznie na wymarciu, i to bez względu na redakcję.
0 0
odpowiedź
User
Red
Mądrze. Dzięki
0 0
odpowiedź
User
cóż, stara szkoła
starej Rzepy. Ale to już nie wróci, niestety.
0 0
odpowiedź