SzukajSzukaj
dołącz do nas Facebook Google Linkedin Twitter

Paweł Lisicki, redaktor naczelny "Rzeczpospolitej"

- „Dziennik Gazeta Prawna” jest naszym niewątpliwym konkurentem, ale na rynku prawno-ekonomicznym, co jest dla nas korzystnym zawężeniem frontu walki - tłumaczy w rozmowie z Wirtualnemedia.pl Paweł Lisicki, redaktor naczelny "Rzeczpospolitej".

Robert Stępowski: Rok temu, kiedy Infor Biznes przejął większościowy pakiet udziałów w „Dzienniku”, otworzył Pan szampana. Dziś otworzyłby Pan kolejną butelkę na potwierdzenie tego, że Pana radość nie był zbyt wczesna?
Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”:
Nie piliśmy szampana za upadek „Dziennika”. Wspólny szampan był wyrazem uznania dla naszych dziennikarzy i publicystów za to, że wytrzymali ten bardzo trudny dla nas okres silnego naporu ze strony konkurencji. Czy dziś otworzyłbym kolejną butelkę? Oczywiście na wypicie dobrego szampana zawsze jest dobry czas (śmiech). Mam jednak wrażenie, że w tej chwili wróciliśmy do sytuacji rynkowej sprzed kilku lat, czyli do okresu przed powstaniem „Dziennika”. Aktualnie funkcjonują dwa dzienniki ogólnopolskie: „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita”. „Dziennik Gazeta Prawna” jest dziennikiem typowo ekonomicznym, a dziennik „Polska” właściwie wrócił do swojej starej struktury dzienników regionalnych i wręcz nikłego wydania warszawskiego.

Jeśli „Dziennik” nie jest już dla Państwa bezpośrednią konkurencją, to czy odczuwacie już realną poprawę swojej sytuacji?
To nie jest tak, że nie traktujemy „DGP” jako konkurencji. Proszę zwrócić uwagę na to jak zmieniały się koncepcje na ten tytuł. Jeszcze rok temu, gdy gazeta zmieniała właściciela i wiosną, gdy jej naczelnym został Tomasz Wróblewski, mówiono o dzienniku ogólnoinformacyjnym. Dziś wycofano się z tych koncepcji, gazeta praktycznie wróciła do formuły „Gazety Prawnej”, ale za każdym razem obwieszczano wielki sukces projektu. Jeśli chodzi o naszą konkurencję, w obszarze dzienników ogólnoinformacyjnych, to została nam tylko „GW”. „DGP” jest naszym niewątpliwym konkurentem, ale na rynku prawno-ekonomicznym, co jest dla nas korzystnym zawężeniem frontu walki. Naszymi największymi problemami, podobnie jak i innych gazet, nie jest jednak konkurencja, ale wciąż spadające przychody reklamowe, w porównaniu z minionymi latami i spadek sprzedaży wydań drukowanych. Musimy znaleźć zatem sposób na zarabianie w internecie i przezwyciężyć przeświadczenie, że prasa jest medium przestarzałym, nieatrakcyjnym dla reklamodawcy, w które nie warto inwestować.

Pan nie ma takiego poczucia, że prasa rzeczywiście staje się coraz bardziej produktem niszowym, może wręcz dość elitarnym, przedstawiająca wartość dla tych osób, które muszą poczuć zapach papieru – a tych jest coraz mniej.
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Jest wiele państw, w których pomimo szybkiego rozwoju internetu cały czas prasa posiada bardzo silną pozycję, choć oczywiście i tam zanotowano spadki czytelnictwa. W Polsce, mam wrażenie, mamy do czynienia z nałożeniem się na siebie trzech negatywnych czynników: Polacy mało czytają, a jeśli już to krótkie formy. Bardzo chętnie wiadomości o otaczającym nas świecie czerpiemy z telewizji. Jesteśmy krajem, w którym coraz więcej czasu poświęcamy na pracę, a to również nie służy spokojnej lekturze gazet. W związku z tym, gazety muszą być niezwykle użyteczne. W mniejszym stopniu mają one za zadanie pełnienie funkcji poznawczej lub światopoglądowej. Wszystko wskazuje na to, że spadek czytelnictwa prasy będzie się pogłębiał, ale z drugiej strony trudno mi uwierzyć, że w niemal 40 milionowym kraju warstwa osób odczuwających potrzebę czytania gazet jest tak cienka, aby nie wystarczyła na utrzymanie się na rynku 2-3 dużych gazet. Z punktu widzenia wydawcy i dziennikarza nie jest jednak ważny kanał dystrybucji treści, ale fakt docierania do czytelników danych informacji, czy opinii. W tej sytuacji szansą dla przetrwania gazet jest walka o silną pozycje swojej marki.

„Rzeczpospolita”, nawet wbrew temu co Pan mówi, czyli użyteczności treści, za które chcą płacić czytelnicy, zamknęła publicystyczny „Plus – Minus”, a więc serwis z mało przydatnymi treściami, ale za to zmuszającymi do myślenia i zawierającymi dłuższe formy, które są dość niewygodne w czytaniu na monitorze komputera. Po kilku miesiącach tego eksperymentu myśli Pan, że był to dobry ruch?
Był to ruch i dobry i konieczny. Nie wiem, czy istnieje jakaś inna możliwość radzenia sobie z trudną sytuacją, w której znalazła się prasa. Na szczęście w każdym społeczeństwie jest taka grupa ludzi, która ma większe potrzeby intelektualne niż reszta obywateli.

Nie jest to jednak zbyt wąska grupa, aby na niej opierać biznes?
Na razie udaje nam się spinać ten projekt biznesowo. Natomiast oczywiście nic nie jest wieczne i ciągle trzeba szukać sposobów dotarcia do czytelników szukających różnych treści publicystycznych. Jeżeli czytelnik „Rzeczpospolitej” uważa, że ta gazeta jest dla niego istotna, mająca wartościowe i pogłębione teksty to również jest w stanie zapłacić za nią w internecie – także za publicystykę.

Docelowo zamkniecie wszystkie swoje serwisy?
Nie twierdze, że w przyszłości wprowadzimy opłaty za dostęp do wszystkich naszych serwisów. Uważam, że musi tu nastąpić pewien podział. Otwarta powinna zostać część z informacjami, które czytelnicy mogą znaleźć również w innych mediach oraz część z blogami, czyli opiniami dotyczącymi bieżących wydarzeń. Dostęp do tekstów ponadstandardowych, a więc takich, które świadczą o jakości gazety, myślę że powinny być stopniowo zamykany, gdyż jest to najlepsza forma czerpania dodatkowych pieniędzy. Myślę, że o naszej przewadze konkurencyjnej świadczą także treści profesjonalne, za które czytelnicy są wstanie płacić. W tym zakresie mamy bardzo dużo do zaproponowania, zarówno w zakresie biznesu, jak i prawa. Uważam, że tymi treściami możemy konkurować ze wszystkimi. Musimy tylko stworzyć dobre kanały dystrybucji i pobierania za te treści pieniędzy w internecie. Częściowo już to wprowadziliśmy. Będzie to drugie źródło istotnych przychodów dla firmy.

Przynajmniej w przypadku informacji prawnych macie jednak dość dużą konkurencję. Infor wcale nie chce ustąpić, o czym może świadczyć wprowadzenie na rynek „INFORmatora prawno-podatkowego”, w dość wysokim nakładzie.
Ten tygodnik w równej mierze stanowi konkurencję dla nas co dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Dokładnie przyglądamy się temu co dzieje się na rynku mediów profesjonalnych i kilka niespodzianek dotyczących tematyki prawnej i ekonomicznej niebawem również wprowadzimy.

Myśli Pan, że odejście z funkcji prezesa Bonnier Business Polska Arkadiusza Dawida może świadczyć o tym, że nad „Pulsem Biznesu” zawisły „czarne chmury”?
Nie chcę komentować odejścia Arkadiusza Dawida. Wszyscy widzą jednak, że odbiorcy treści profesjonalnych także przenoszą się coraz częściej z papieru do internetu. „Puls Biznesu” może mieć pewne trudności, gdyż w przeciwieństwie do „Rz” zaspakaja tylko jedną potrzebę.

Niedawno w wywiadzie dla Wirtualnemedia.pl Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”, powiedział, że dziennikarze powinni być „wolnymi elektronami”, którzy przygotowują dużo treści, na potrzeby różnych kanałów i nośników. Uważa Pan, że tak właśnie ma rozwijać się dziennikarstwo?
Dziś dziennikarze muszą pamiętać, że pracują jak agencja informacyjna i materiały muszą tworzyć na bieżąco, nie tak jak kiedyś, gdy pisali tekst tylko do gazety, która miała ukazać się następnego dnia. Teraz wszystkie media ze sobą konkurują. Mimo wszystko gazeta, bez względu na to czy sprzedaje swoje treści w papierze, czy w internecie, musi dbać o ich wysoką wartość merytoryczna i umacniać swoją markę. Przetrwają tylko media o silnych markach. Dlaczego? Bo silna marka w przypadku mediów oznacza autorytet i wiarygodność - a to są wartości, za które klienci gotowi są płacić. Z punktu widzenia wydawnictwa współpraca z dziennikarzami będącymi „wolnymi elektronami” jest oczywiście korzystniejsze. Trzeba jednak pamiętać, że nie chodzi o zbudowanie drużyny szybko piszących dziennikarzy, którzy będą obsługiwać konferencje prasowe. Nie za taką treść chcą płacić czytelnicy, gdyż za darmo mogą ją znaleźć we wszystkich portalach internetowych. Sposób pracy dziennikarza się zmienia, ale aby gazeta mogła funkcjonować i zarabiać, musi zostać zachowana podstawowa zasada, którą jest jej wiarygodność.

Czy dziennikarze „Rz” nie mają zbyt konserwatywnego podejścia do pracy, aby przygotowywać materiały na potrzeby kilku kanałów dystrybucji treści, dostosowanych do sposobu konsumpcji na poszczególnych nośnikach?
Dziennikarze „Rzeczpospolitej” już to robią. Oczywiście w różnych działach na różną skalę. Rozwój naszych serwisów jest zauważalny, o czym świadczy duży wzrost liczby UU. Problem nie polega na tym, że dziennikarze muszą pisać do kilku kanałów dystrybucji. My musimy zadbać o to, aby ilość materiałów szła w parze z ich jakością.

Jak sprawdza się wspólny newsroom „zielonych stron” „Rz” i „Parkietu”?
Ten wspólny newsroom działa na razie w wymiarze pracy nad wydaniami papierowymi naszych gazet. Jego utworzenie przyniosło spore obniżenie kosztów działalności. Do końca tego roku chcemy, by jego efektywność była zauważalna także w internecie i w tym obszarze liczymy na naprawdę duży sukces spowodowany efektem synergii. Utworzenie największego w kraju newsroomu ekonomicznego, by rzeczywiście uważamy, że będzie on największy, miało na celu nie zmniejszenie liczby pracujących u nas dziennikarzy, ale podniesienie naszej konkurencyjności w obszarze materiałów biznesowych także w internecie. Ze względów, przede wszystkim technologicznych, jeszcze to nie zadziałało.

Może Pan podać jakieś szczegóły dotyczące tych zmian?
Przede wszystkim zmieni się nasz strona główna. Informacje ekonomiczne zostaną bardziej wyeksponowane. Ta nowa jakość na pewno zostanie zauważona przez naszych czytelników.

Zabiega Pan o podwyżki dla dziennikarzy, lub przynajmniej wyrównania wynagrodzeń do poziomu sprzed kryzysu?
Nie walczę o te podwyżki, gdyż przy tak gwałtownym spadku wpływów reklamowych, które mieliśmy w minionym roku, cięcia wynagrodzeń były konieczne. Wolałem skupić się na tym, by jak najmniej osób straciło pracę. Nie twierdzę, że te wynagrodzenia są bardzo wysokie i na pewno one są niższe niż jeszcze kilka lat temu, ale jest to pochodną innej sytuacji rynkowej, w której aktualnie żyjemy. O podwyżki dla dziennikarzy troszczy się związek zawodowy, a ja dbam o kondycję i interes gazety. To jest dla mnie najważniejsze.

Dziennikarze „Rz”, jak rozumiem, Pana zdaniem nie powinni narzekać na wysokość swoich wynagrodzeń?
Ja oczywiście chciałbym, aby dziennikarze zarabiali jak najwięcej, bo dzięki temu i ja zarabiałbym więcej. Gazety notują cały czas spadki przychodów, a w takiej sytuacji, aby firma mogła być rentowna, trzeba ciąć koszty. U nas tych zwolnień praktycznie nie było, dzięki solidarnej 10 proc obniżce wynagrodzeń.

Jak ocenia Pan „Wprost” pod kierunkiem nowego wydawcy i redaktora naczelnego?
Uważam, ze nastąpiła poprawa jakości tego pisma. Można tam znaleźć artykuły z pomysłem i nieporównywalnie ciekawsze niż to co otrzymywał czytelnik, tego tygodnika, dotychczas. Teraz są tam wreszcie teksty, które można przeczytać. Wcześniej była to najdziwniejsza koncepcja tygodnika, z która kiedykolwiek się zetknąłem, łącząca krótkie formy dziennikarskie i duże zdjęcia. Była to gorsza i droższa dla wydawcy, wersja internetu.

Tomasz Lis sprawdził się jako naczelny, czy dotychczasowy wzrost sprzedaży tygodnika to tylko efekt wizerunkowy?
Jest zbyt wcześnie by oceniać, czy Tomasz Lis sprawdził się jako naczelny. Taką ocenę będziemy mogli wydać najwcześniej po roku. Ideologiczny zwrot tego pisma mi się nie podoba, ale redagowane jest lepiej.

Co zatem wydarzyło się, że nastąpił także pewien zwrot ideologiczny „Rzeczpospolitej”?
Nie sądzę by w przypadku „Rzeczpospolitej” nastąpił jakikolwiek zwrot. Nasze komentarze się nie zmieniły. To, że niektórzy politycy, w tym prezes Jarosław Kaczyński, zmienił swoje podejście i nagle po przegranych wyborach prezydenckich zaczął bardzo gwałtownie się wypowiadać my wpływu nie mamy. „Rz” pozostała bardzo konsekwentna. Zmiana nastąpiła gdzie indziej i dopiero po niej ci, którzy pewnych rzeczy w naszej publicystyce nie zauważali, zaczęli je dostrzegać.

Czyli zmienił się PiS, a nie „Rz”?
Wystarczy prześledzić naszą publicystykę, by zobaczyć, że nasze opinie się nie zmieniły, a zwrot nastąpił dopiero po 4 lipca, czyli po przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach prezydenckich.

Dołącz do dyskusji: Paweł Lisicki, redaktor naczelny "Rzeczpospolitej"

0 komentarze
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Wirtualnemedia.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie dobre obyczaje, zawiadom nas o tym redakcja@wirtualnemedia.pl